![]() |
| Martwa natura z wędzidłem (Rijksmuseum) |
Cóż
w tym fascynującego? – ktoś mógłby zapytać. Enigmatyczny uśmiech Giocondy czy
obrazoburcze – jeśli wierzyć Danowi Brownowi – symbole Ostatniej
Wieczerzy Leonardo da Vinci łatwiej jest uznać jako tajemnicze i
podniecające wyobraźnię. Ktoś inny mógłby dodać, że aura niezwykłości bierze
się w dużej mierze nie z ukrytych symboli, ale z nadzwyczajnej czystości i
elegancji obrazu, na którym trudno dostrzec ślad dotknięcia pędzla. Naczynia
oddane są w taki sposób, że wydaje się, iż można je dotknąć. Emanujące z nich
autentyzm i ciepło powodują, że chce się je wziąć do ręki i skorzystać z nich w
biesiadnym gronie, odurzając się dodatkowo pociągnięciami z fajki. Zerknięcie
na te ostatnie uzmysławia obecność kartki papieru poniżej, o której można
zapomnieć, bo wydaje się zbytecznym dodatkiem, łącznie z jej niepozorną
literacko-muzyczną zawartością.
Nasycony
estetycznie wzrok chce się oddalić, ale w ostatniej chwili zostaje zatrzymany
jak przestępca na gorącym uczynku. Dreszcz zaskoczenia i lęku wywołany jest
trudnym do rozpoznania przedmiotem, oddanym tak, że kojarzy się na pierwszy
rzut oka z narzędziem tortur, co nie jest odległe od prawdy, bo jest to
wędzidło. Poza obawą i złym przeczuciem, jego widok może wywołać kilka
skojarzeń: okienka w drzwiach celi, przez które w każdej chwili może zajrzeć
strażnik, albo bezlitosne przypomnienie o czymś nieuniknionym, jak śmierć czy
kara za przestępstwo. Miłośnikom Szekspira może się ona również skojarzyć z
pojawieniem się ducha ojca Hamleta. Wizerunek uzdy wprowadza poczucie
zagrożenia, które raz zarejestrowane nie pozwala traktować malowidła lekko, do
czego zachęcałoby pierwsze spojrzenie.
Nieskazitelna
czystość obrazu w niepokojący sposób usuwa barierę między widzem a wizerunkiem
sprzed czterystu lat. Dbałość o szczegół i pedanteria w odzwierciedleniu
rzeczywistości, łącznie z zawartą w niej przez artystę nienamacalną treścią, to
cechy twórczości holenderskich mistrzów siedemnastego wieku. Jednak poza
podziwem dla warsztatu artystycznego Rembrandta, Rubensa czy van Dycka, mało
kto dozna wobec ich dzieł uczucia pierwotnej, dreszcz wzbudzającej fascynacji,
jaką czuje się na dźwięk grzmotów i widok błyskawic w czasie burzy. A takie
właśnie doznania mogą być udziałem patrzących na Martwą naturę z
wędzidłem Johannesa Torrentiusza. Niezwykłość obrazu zrobiła na
niejednym silne wrażenie, między innymi na wybitnym polskim pisarzu i poecie,
Zbigniewie Herbercie, który poświecił dziełu esej zawarty w międzynarodowo
uznanym zbiorku o tym samym co obraz tytule.
Johannes
Torrentiusz (1589-1644), znany oficjalnie jako Johannes van der Beeck, był za
życia osobą kontrowersyjną. Niezależny, libertyński tryb życia i poglądy, które
ortodoksyjny chrześcijanin określiłby jako bluźniercze, postawiły go w
konflikcie z władzami świeckimi i duchowymi owych czasów. A były to czasy
reformacji i oskarżenie o herezję w kalwinizmem zdominowanych Zjednoczonych
Prowincjach Niderlandzkich mogło kosztować życie. Równie surowo do herezji
podchodziła inkwizycja po katolickiej stronie reformacyjnej barykady. Rówieśnik
Torrentiusza, Galileusz, ledwie uszedł z życiem za propagowanie
kopernikańskiego heliocentryzmu, a inny, Kartezjusz, wycofał z publikacji swoje
główne dzieło, Świat, dowiedziawszy się o losie Galileusza.
Wolnomyślicielstwo
Torrentiusza i jego rzekome członkostwo w zakonie różokrzyżowców doprowadziły
do aresztowania w 1627 roku pod zarzutem herezji i wyznawania ateizmu i
satanizmu. Torturowanemu i wtrąconemu do więzienia na dwadzieścia lat artyście
pozwolono na opuszczenie kraju dzięki wstawiennictwu króla angielskiego Karola
I Stuarta, wielbiciela twórczości holenderskiego malarza. W rezultacie wyroku
zniszczone zostały jednak praktycznie wszystkie dzieła Torrentiusza. Od
unicestwienia uratowało się tondo Martwa natura z wędzidłem, które odnaleziono
przypadkiem w 1913 roku.
Napis
na kartce papieru na obrazie, w wolnym przekładzie oznaczający: To, co
zaistnieje ponad miarę, zły swój koniec znajdzie (To, co poza
należytymi proporcjami, zginie jako zło), sugerowałoby na pierwszy rzut oka
przypomnienie jak ważny jest umiar i wstrzemięźliwość. Ta mądra uwaga ma jednak
jeden mankament – jest w jawnej kolizji z przekonaniami i stylem życia jej
autora. Jak więc wytłumaczyć jej treść? Pomocne wydają się dwie usterki
techniczne niewątpliwie celowo pozostawione przez malarza: błąd ortograficzny i
fałszywa nuta. Są one sygnałem, że nie wszystko na obrazie jest jak się wydaje.
Na podstawie tych i innych poszlak można snuć domysły, że twórca użył
moralizującej frazy jako wybiegu, kamuflażu, by prawdziwym głębszym sednem
malowidła nie narazić się religijnym i świeckim władzom Republiki
Holenderskiej, dzięki czemu prawdopodobnie udało się obrazowi uniknąć losu
innych dzieł Torrentiusza.
Gdyby
artysta rzeczywiście miał na myśli pochwałę bogobojnego umiaru, po co
przybierałby ten morał symboliką skomplikowaną do tego stopnia, że trzeba ją
wyjaśniać napisem? W jaki sposób ponętne parafernalia odurzania i biesiadowania
mogą służyć jako dydaktyczne pouczenie? Jeśli w promocji umiaru miałoby być
pomocne wędzidło, to po co przedstawiać je w zatrważający sposób? Powinno
przecież symbolizować kontrolowanie instynktów, a nie tortury. Dlaczego półka jest
ledwie widoczna, jakby nie istniała, co sprawia wrażenie, że stojące niepewnie
na jej krawędzi przedmioty grożą upadkiem, albo że są zawieszone w pustce?
Powyższe
wątpliwości, w połączeniu z faktami z życia Torrentiusza, wskazywałyby na inne
niż moralizatorska interpretacje. Martwa natura z wędzidłem to
najprawdopodobniej subtelnie stworzony alegoryczny wizerunek kruchości
cywilizowanego życia. Reguły i prawa utrzymują je na krawędzi chaosu, w który
mogłoby łatwo runąć, gdyby nie groźba kary za naruszenie uświęconych kodeksów.
Jest to surowo brzmiąca interpretacja, krzywdząca dla wielu z natury
bogobojnych, porządnych ludzi. Tchnie ona jednak prawdą po uświadomieniu, że
nie brak jednostek pozbawionych skrupułów, czyhających na okazje, kiedy prawo
przestaje działać. Jedynie strach przed karą w doczesnym życiu może powstrzymać
ich pierwotne instynkty. Praktykowanie libertynizmu zapewne pozwoliło
Torrentiuszowi jako myślicielowi na dostrzeżenie tego niebezpieczeństwa w całej
jaskrawości. To zaś prawdopodobnie stało się inspiracją do alegorycznego
wizerunku społeczności ludzkiej żyjącej nad przepaścią, zakamuflowanego naiwnym
moralizowaniem.
Poza
ateizmem, innym przejawem wolnomyślicielstwa Torrentiusza, mającym związek z
powyższą interpretacją symboliki malowidła, było jego upodobanie w wyuzdanych
biesiadach w gronie zaufanych towarzyszy. Odbywały się one w wybranych
karczmach i zajazdach z udziałem zaproszonych kobiet lekkich obyczajów,
przyzwoitych pań sprowadzonych na złą drogę i prostytutek. Niewykluczone, że
surowość wyroku na Torrentiuszu miała związek z męską zawiścią. Być może
niejeden ojciec czy mąż nie mógł darować znieprawienia córki lub zdrady żony.
Zapewne niejeden mężczyzna z zawiścią patrzył na to, na co ich sumienia nie
mogły im zezwolić, a z czym sumienie Torrentiusza, zaawansowanego w
libertyństwie, nie miało problemów.
Akceptując
kodeksy i normy moralne, Torrentiusz z premedytacją i czystym sumieniem
ignorował je, podobnie do współczesnych kierowców aut, ignorujących
ograniczenia prędkości czy nakaz zakładania pasów bezpieczeństwa. Postawił się
ponad poziomem normalnej ludzkiej moralności, co jest posunięciem ryzykownym,
bo takie odszczepieństwo może być zauważone, pociągając za sobą nieprzyjemne
konsekwencje, jak wyobcowanie i wrogość otoczenia, a w przypadku ówczesnych
czasów nietolerancji religijnej – tortury i śmierć.
Literackich
i historycznych przykładów takich odmieńców nie brakuje, żeby przytoczyć choćby
Fausta, Twardowskiego i dobroczyńcę Torrentiusz, króla Karola I Stuarta. Ten
ostatni, jak wiemy, został ścięty, co niejeden współczesny mu byłby skłonny
przypisać nie tyle katolickiemu wstecznictwu – w kontekście ówczesnej
protestanckie ideologii królestwa brytyjskiego – ile karze za grzeszne orgie
podobne do tych, które urządzał Torrentiusz. Jeżeli tortury i uwięzienie nie
wywołały w niderlandzkim malarzu szczerego żalu za grzechy, o czym nie wiadomo,
to mógł on pod królewskim mecenatem i aktywnym wsparciem bezkarnie kontynuować
swój nieskrępowany styl życia.
Zarzuty
odnośnie herezji, ateizmu i satanizmu prawdopodobnie nie różniły się znacznie
od tych postawionych Galileuszowi lub tych, które byłyby postawione
Kartezjuszowi, gdyby roztropnie nie powstrzymał się od publikacji dzieła,
którego argumenty popierające kopernikański heliocentryzm były pokrewne ideom
Galileusza. Światli ludzie tamtej epoki, jak obaj wybitni uczeni, stąpali po
cienkiej linii, kiedy pozornie tylko akceptowali kanony wiary i dyktowane nimi
irracjonalne pojmowania świata, w rzeczywistości kultywując heretycki światopogląd.
Błąd, który popełnił Torrentiusz, polegał na braku dyskrecji w głoszeniu swoich
poglądów (ten sam błąd popełnił Galileusz) i jawnym praktykowaniu rozwiązłego
stylu życia. Dzięki temu nie brakowało na procesie sądowym świadków oskarżenia,
między innymi właścicieli i obsługi miejsc orgii Torrentiusza. A że pomówienie
o niemoralne prowadzenie konsekwentnie pociąga za sobą podejrzenie o brak wiary
w Boga, mogło to wzmocnić zarzut ateizmu. W oskarżeniu o satanizm artysta po
części sam był sobie winien swoimi żartami, zasłyszanymi i przytoczonymi przez
świadków rozprawy, o współpracy z diabłem przy tworzeniu swoich malowideł.
Choć
zadra w oku prawomyślnych, Torrentiusz był źródłem inspiracji dla innych.
Jednym z nich był aptekarz z Haarlemu (ówczesne miasto w Holandii), Jeronimus
Kornelisz, późniejszy kupiec w Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. W
czasie wyprawy na statku Batawia po egzotyczne przyprawy do
Indii Wschodnich (dzisiejszej Indonezji) w 1628 roku był jednym z przywódców
nieudanego buntu na statku. A po rozbiciu się Batawii na
rafach koralowych u wybrzeża dzisiejszej Australii Zachodniej, dopuścił się
ludobójstwa, które określa się jako największe w dziejach Australii, aczkolwiek
wówczas Australii jako kraju i kontynentu nie było jeszcze na mapach. Kiedy
dowództwo wyprawy udało się łodzią po pomoc do ponad dwa i pół tysiąca
kilometrów odległej Jakarty (ówczesnej Batawii), zostawiając ponad dwustu
rozbitków samych sobie na wysepkach koralowego archipelagu Abrolhos bez zapasów
żywności i wody, Kornelisz ogłosił się przywódcą osieroconej społeczności.
Odmiennie
od normalnego, zdrowego na umyśle wodza, który starałby się za wszelką cenę
podtrzymać przy życiu podopiecznych, między innymi kobiety i dzieci, do momentu
przybycia pomocy, Kornelisz skupił się na czymś wręcz przeciwnym. Wzorem innych
krwiożerczych hersztów i tyranów oddał się, wraz z podporządkowanymi sobie
kamratami, systematycznej, z zimną krwią przeprowadzonej rzezi i innym formom
samowoli i bezprawia. Polisą ubezpieczeniowa jego nieludzkiego postepowania był
zamiar podjęcia się piractwa, co planował już w czasie nieudanego buntu
na Batawii. Po czterech wiekach nadal nie do końca zrozumiałe są
motywy Kornelisza. Na podstawie tego, co o nim wiadomo, łącznie z domniemanym
sympatyzowaniem z poglądami Torrentiusza, można się domyślać, iż wzorem
holenderskiego malarza kierował się przyznaną sobie swobodą do ignorowanie
moralności, do świadomego życia poza prawem z nieskażonym wątpliwościami
sumieniem.
Jakież
wnioski płyną z tych przykładów dwóch wolnomyślicieli sprzed czterystu lat i
jaki miałyby związek z Martwą naturą z wędzidłem? Jedną z konkluzji
jest, że o ile sokratejskie kwestionowanie uznanych reguł i prawideł jest
pochwały godnym zajęciem, to strzec się należy tych, którzy wcielają
rewolucyjne wnioski w życie bez rozwagi i namysłu. Podejrzliwość wobec
ortodoksji i dociekanie prawdy to cecha wyczulonych na fałsz jednostek, a
pochopna negacja i lekceważenie ustalonego porządku zwykle cechują
oportunistycznych awanturników, którzy mogą stać się niebezpiecznymi tyranami.
Można
mieć pretensje do Nietzschego za pokazanie tradycyjnej moralności jako wymysłu
człowieka dla swoich praktycznych potrzeb, bo poglądy te pomogły Hitlerowi w
dokonaniu swego odrażającego dzieła. Ale na ile uzasadnione byłyby takie
pretensje? Światli ludzie przyjęli idee niemieckiego filozofa jako wyzwolenie z
intelektualnych pęt, ciągle uznając cywilizacyjne i kulturowe ograniczenia jako
niezbędne dla normalnego funkcjonowania społeczeństwa. Równie nieuzasadnione byłyby
zarzuty wobec Torrentiusza za zainspirowanie Kornelisza do jego ludobójstwa.
Problem jednak w tym, że każda genialna myśl może mieć dwa skrajnie różne
zastosowania w rękach poszukującego prawdy idealisty i zwyrodniałego
oportunisty.
Szanując
przyczynki Sokratesa, Nietzschego, Torrentiusza i innych myślicieli i twórców,
ludzkość wydała jednoznaczny wyrok na Hitlerze, Stalinie, Korneliszu i im
podobnych nikczemnikach. Dlaczego? Czy rzeczywiście tylko przez asekuracyjny
pragmatyzm i przywiązanie do spokojnej egzystencji i dostatniego, wygodnego
życia? Sugestie, co do odpowiedzi na te pytania, można znaleźć w początkowych
epizodach istnienia nowoczesnej Australii, to jest historii osadnictwa
europejskiego pod koniec osiemnastego wieku. Po początkowym rozpoznaniu przez
kapitana Jamesa Cooka południowo-wschodnich wybrzeży Australii w 1770 roku jako
nadających się do kolonizacji, w 1788 roku przypłynęli pierwsi osiedleńcy –
skazańcy z Wielkiej Brytanii, których wyroki więzienia i śmierci zostały
zmienione na banicję na nowo odkrytym kontynencie.
Po
zorganizowaniu swojej egzystencji od odstaw, życie pozostało dla wszystkich –
więźniów, żołnierzy i władz kolonii – twarde i często brutalne. Wszyscy
znaleźli w sytuacji naczyń na obrazie Torrentiusza, stojących na krawędzi
półki. Dla więźniów rolę wędzidła spełniała przede wszystkim opresja
trzymającego ich w ryzach aparatu przymusu – wojska egzekwującego z bronią
prawo i rozkazy gubernatora, który mógł zadecydować o życiu każdego zesłańca,
stosując większą niż w dalekiej ojczyźnie surowość. Na przykład za kradzież
żywności, której brakowało wszystkim, czekała szubienica. To samo groziło za
podniesienie ręki na żołnierza.
Romans
między zesłańcem i zesłanką karany był szubienicą w odniesieniu do mężczyzny i
chłostą wobec kobiety. Zesłanki przeznaczone były dla żołnierzy do współżycia w
wolnych związkach, co było dodatkowym przejawem instynktu zachowawczego władz
kolonii, bowiem brak kontaktu z kobietami mógłby spowodować bunt wojska, co
doprowadziłoby do rewolty więźniów, a to do apokalipsy dla wszystkich. Bez
ciągle obecnego widoku „wędzidła” pokojowa egzystencja całej grupy osadników
załamałyby się i runęła w otchłań chaosu i zguby.
Sytuacja
kolonii karnej to tylko szczególny przypadek ilustrujący ostrzeżenie Martwej
natury z wędzidłem, które stosuje się do społeczeństwa ludzkiego ogólnie.
Aby to lepiej zrozumieć, można się posłużyć jeszcze inną alegorią, w której
ledwie widoczna półka, podtrzymująca pierwszoplanowe przedmioty, to grupa
tancerzy na niewidzialnym parkiecie zawieszonej ponad przepaścią sali balowej.
Taniec sugeruje nie poetycką grację walca, czy lubieżną zmysłowość salsy, ale
zmaganie i agresję tanga. Jest to taniec z lękiem, potem i łzami, pod bacznym
okiem systemu do utrzymania tanecznego porządku.
Twarze
tancerzy nie emanują radości i szczęścia. Ich wygląd i zachowanie wyrażają
skupienie i napięcie, by wykonać wymagane kroki i zwroty, jak czynności
związane z wytężoną codzienną pracą, przy której trzeba sprostać wymogom i dać
z siebie wszystko. Nie przyjemność każe więc kontynuować taniec, ale
konieczność. Samowolne przerwanie tanga lub zmiana na rock'n'rolla czy sambę
grozi zakłóceniem ustalonego porządku, co w przypadku balu nad otchłanią
oznacza zapadnięcie się niewidzialnego parkietu w mroczną czeluść.
Rzeczywistość
cywilizowanego społeczeństwa nie jest ani łatwa ani zawsze przyjemna, ale jest
lepsza niż jej alternatywa, pociągająca za sobą chaos, anarchię, despotyzm i
inne destruktywne skutki. Choć niedoskonała, ale działa – z pewnością lepiej
niż jej alternatywa. A poza tym jest to w końcu bal, na który zaproszonym się
jest tylko raz i szkoda takiej okazji nie wykorzystać jak najlepiej. Krępujące
ramy praw i konwenansów – mimo że często drażnią, wraz ze stojącymi za nimi
aparatem państwowym, biurokracją i polityką – są potrzebne, by życie nie
zamieniło się w piekło.
Surowe konsekwencje za
naruszanie praworządności, choć niepokoją i trwożą, jak uzda na obrazie Torrentiusza,
są do tego niezbędne. Społeczeństwo pozostawione na łaskę wyzutych z ludzkich
odruchów wykolejeńców, jak rozbitkowie na atolu Abrolhos czy Rosja i Europa
Wschodnia pod panowaniem Sowietów, jest skazane na poniewierkę i
zatracenie. Martwa natura z wędzidłem jest po czterech wiekach
cięgle aktualnym przypomnieniem dla znudzonych dobrobytem o tym, jak cenna i
krucha jest ich dostatnia, przytulna stabilność i od czego zależy.
